„Ale naprawdę przez wszystkie 3 dni? Sprawdź jeszcze na innej prognozie, nie może być aż tak źle” – chyba nikt nie ucieszyłby się z perspektywy 3 ulewnych dni. My też mieliśmy dylemat. Szczególnie, gdy może się jeszcze wycofać i zostać resztę dni we wspaniałym Lwowie. Ale na szali znalazło się zdobycie najwyższego szczytu Ukrainy i wizyta w Worochcie, na zupełnym końcu świata. Zaufaliśmy, że warto tam się znaleźć nawet w ulewnym deszczu i prognozowanych burzach.

Ktoś miał nad nami pieczę, bo koniec końców nie zmokliśmy ani razu, a widok były niepowtarzalne.

Ale najpierw podróż. Kolej ukraińska to przygoda porównywalna z cofnięciem się o około 20 lat w polskim PKP. Roznegliżowany konduktor roznoszący herbatę w osłonkach, pola pełne niebezpiecznego Barszczu Sosnowskiego czy nieotwierające się okna to dość typowy widok.

Sama Worochta sprawia niesamowite wrażenie. W centrum miejscowości znajduje się mnóstwo zabudowań przypominających polskie karpackie chaty, choćby zakopiańskie lub beskidzkie. To nie przypadek – sama osada została rozbudowana przez Polaków w XX-leciu międzywojennym i osiągnęła status „drugiego zakopanego”. To tutaj zbudowano pierwszą sportową skocznię narciarską, na której w latach 50 powstały kolejne obiekty (zobaczycie je na zdjęciach) i urokliwy wiadukt kolejowy.

A w sklepach wciąż spotkacie się z liczydłem i mechanicznymi wagami. Wrażenia nie do opisania!

Leave A

Comment